darmowe konta www   laptopy   keyloggery   drukarnia wielkoformatowa  
zamknij
serwery www      keylogger      drzwi okna      depilacja laserowa      r e k l a m a
J.G. Ballard - Ogród Czasu
 
 


J. G. Ballard
Ogród czasu

Czas to jeden z najważniejszych tematów fantastyki naukowej w ogóle, a mojej twórczości, którą niemal całkowicie zdominował. szczególnie. Z wyjątkiem samej machiny czasu to jeden z tych nielicznych podmiotów, które nie wymagają specjalnych urządzeń technicznych i najlepsze opowiadania poświęcone czasowi, pióra Raya Bradbury ego czy Richarda Mathesona, są tak proste, a zarazem tak tajemnicze jak zegary słoneczne.


   Pod wieczór, kiedy ogromny cień neoklasycystycznej willi wypełnił taras, hrabia Axel wyłonił się z biblioteki i po szerokich rokokowych schodach zszedł pomiędzy kwiaty czasu. Władczej postawy, wysoki, w czarnym aksamitnym żakiecie, ze złotą szpilką połyskującą pod brodą w stylu Jerzego V, z laską, którą trzymał sztywno w dłoni obleczonej w białą rękawiczkę, hrabia ogarniał obojętnym wzrokiem wspaniałe kryształowe kwiaty. Stał zasłuchany w rondo Mozarta, które grała jego żona na klawikordzie w pokoju muzycznym, i którego dźwięki odbijały się echem i wprawiały w drganie przezroczyste płatki.
   Ogród rozciągał się na przestrzeni jakichś dwustu jardów poniżej tarasu, opadając ku miniaturowemu jezioru spiętemu białym łukiem mostu, z niewielkim pawilonikiem na przeciwległym brzegu. Axel rzadko zapuszczał się nad jezioro; prawie cały czas kwiaty rosły w małym gaju tuż przy tarasie, osłonięte wysokim murem, który otaczał całą po-
283

siadłość. Z tarasu ponad murem roztaczał się rozległy widok na równinę, otwarty teren, który ciągnął się faliście aż po horyzont, gdzie wznosząc się nieznacznie ginął wreszcie z oczu. Równina otaczała dom ze wszystkich stron, jej szara pustka podkreślała jeszcze odosobnienie i spokojne dostojeństwo willi. Tu, w ogrodzie, powietrze wydawało się świeższe, a słońce gorętsze niż na płaszczyźnie, zawsze monotonnej i odległej.
   Jak zwykle przed wieczorną przechadzką, hrabia Axel spoglądał poprzez równinę aż do jej końcowego wzniesienia, gdzie horyzont jaśniał iluminowany jak daleka scena promieniami zachodzącego słońca. I gdy muzyka Mozarta ulatująca spod pełnych wdzięku palców jego żony rozbrzmiewała delikatnie dokoła, hrabia dostrzegł przednie straże ogromnej armii maszerującej ku nim wolno od strony horyzontu. Na pierwszy rzut oka długie szeregi zdawały się posuwać w szyku, ale po bliższym przyjrzeniu się nie ulegało wątpliwości, że niby zamazany szczegół w pejzażu Goyi, armia to wielki tłum mężczyzn i kobiet upstrzony tu i ówdzie kilkoma żołnierzami w obszarpanych mundurach i prący naprzód bezładną ławą. Jedni uginali się pod ciężarami uwieszonymi na prymitywnych jarzmach u szyi, inni mozolili się ciągnąc ciężkie drewniane wozy i wykręcając sobie ręce w ich szprychach. Nieliczni szli osobno, ale wszyscy sunęli w tym samym tempie, ze zgiętymi grzbietami oświetlonymi zachodzącym słońcem.
   Nadciągający tłum był tak odległy, że prawie niewidoczny; jednak nawet w tym czasie, kiedy Axel obserwował go wzrokiem wyniosłym, ale czujnym, zbliżył się w sposób widoczny awangarda motłochu wyłoniła się zza horyzontu. Wreszcie kiedy zaczęło szarzeć, pierwsza linia osiągnęła szczyt pierwszego wzniesienia poniżej horyzontu i Axel zszedł po stopniach pomiędzy kwiaty czasu. o
   Wyrosły na wysokość około sześciu stóp, a ich smukłe
284

łodygi wyglądały jak szklane pręty z dwunastoma przypominającymi paproć liśćmi, niegdyś przezroczystymi, dziś zmatowiałymi od skamieniałych żyłek. Na czubku każdej łodygi znajdował się kwiat czasu w kształcie kielicha, którego zewnętrzne czarne płatki otaczały kryształowy środek. Ich diamentowe blaski kryły w sobie tysiące płaszczyzn, jak gdyby ten kryształ wyciągnął z powietrza całe światło i ruch. Kwiaty falowały lekko w wieczornym powiewie, lśniąc niby włócznie zakończone płonącą pochodnią.
   Na wielu łodygach nie było już kwiatów i Axel oglądał starannie jedną po drugiej. Od czasu do czasu iskierka nadziei pojawiała się w jego oczach, gdy poszukiwał nowych pąków. Wreszcie wybrał ogromny kwiat pod samym murem, zdjął rękawiczki i zerwał go swoimi silnymi palcami.
   Kiedy niósł go na taras, kwiat zaczął migotać i rozpływać się, w miarę jak więzione dotychczas w jego wnętrzu światło powoli uchodziło. Stopniowo kryształ rozpuścił się zupełnie, nietknięte zostały jedynie zewnętrzne płatki, a powietrze wokół Axela zrobiło się świetlane i ożyło ukośnymi promieniami, które pomykały ku znikającemu słońcu. Na chwilę dziwny powiew przeobraził wieczór, delikatnie zmieniając wymiary czasu i przestrzeni. Pociemniały portyk domu zgubił gdzieś patynę wieku i zajaśniał dziwną widmową bielą, jak nagłe senne widziadło.
   Axel uniósł głowę i znowu spojrzał ponad krawędzią muru. Jedynie najdalsze obrzeże horyzontu było oświetlone słońcem, a wielka tłuszcza, poprzednio sięgająca niemal czwartej części równiny, cofnęła się teraz aż do jego linii. Czas jak gdyby dokonał zwrotu, odrzucając wstecz całą płaszczyznę, która nagle zastygła w bezruchu.
   Kwiat w dłoni Axela skurczył się do rozmiarów szklanego naparstka, płatki stuliły się wokół zanikającego słupka. Ze środka eksplodował słaby błysk i Axel poczuł, że kwiat znika mu w dłoni jak lodowata kropla rosy.
285

   Zmrok zamknął się wokół domu, zaścielając równinę długimi cieniami; horyzont wtopił się w niebo. Klawikord umilkł, a kwiaty czasu, nie współgrające już z jego muzyką, stały nieporuszone jak zabalsamowany las.
   Przez kilka minut Axel patrzył na nie, licząc te, co zostały, a następnie pozdrowił żonę, która właśnie wyszła na taras zamiatając ozdobne płytki posadzki brokatową wieczorową suknią.
- Axel, jaki piękny wieczór. - Mówiła z uczuciem, jakby dziękowała mężowi osobiście za leżący na trawniku
wspaniały wielki cień i ciemne, czyste powietrze. Jej twarz była łagodna i inteligentna, a przyprószone siwizną włosy lekko sczesane do tyłu i ujęte wysadzaną drogimi kamienia mi klamrą. Głęboko wycięta suknia ukazywała długą, smukłą szyję i ładną linię podbródka. Axel popatrzył na nią
z pełną czułości dumą. Podał jej ramię i razem zeszli do ogrodu.
- Jeden z najdłuższych wieczorów tego lata - zauważył
i dodał: - Zerwałem idealny kwiat, kochanie, prawdziwy klejnot. Przy odrobinie szczęścia powinien nam starczyć na kilka dni. - Na jego czole pojawiła się zmarszczka i hrabia mimo woli spojrzał w stronę muru. - Cały czas się zbliżają.
   Żona uśmiechnęła się do niego krzepiąco i mocniej ścisnęła go za ramię.
   Oboje wiedzieli, że ogród czasu umiera.
   W trzy wieczory później według oceny Axela (aczkolwiek wcześniej, niż się po cichu spodziewał) hrabia zerwał następny kwiat z ogrodu czasu.
   Kiedy spojrzał ponad murem, nadciągająca ludzka masa wypełniała dalszą część równiny, ciągnąc się nieprzerwanie) aż po horyzont. Wydawało mu się, że w czystym powietrzu docierają do niego wyrywkowe stłumione głosy, ponury pomruk, przez który od czasu do czasu przebijały wołania i krzyki, ale szybko wytłumaczył sobie, że to złudzenie
286

Na szczęście żona siedziała właśnie przy klawikordzie i bogate, kontrapunktowe tony fugi Bacha spływały delikatną kaskadą z tarasu tłumiąc wszelkie inne dźwięki.
   Przestrzeń pomiędzy domem a horyzontem dzieliła się teraz na cztery potężne wzniesienia, których grzbiety widział wyraźnie w ukośnie padających promieniach słońca. Axel obiecał sobie, że nigdy ich nie będzie liczył, ale ich ilość była byt mała na to, by jej i bez tego nie odnotować, zwłaszcza że w sposób tak oczywisty odmierzała postępy nadciągającej armii. Obecnie pierwsza linia zdążyła już przekroczyć pierwszy grzbiet i miała wkrótce dotrzeć do drugiego. Główna masa tłumu napierała tuż za nią, kryjąc ten pierwszy grzbiet i szmat równiny zamknięty horyzontem. Spoglądając na prawo i na lewo Axel widział jedynie mrowie ludzkie. To co w pierwszej chwili wydawało się główną masą, było tylko niewielką awangardą, jednym z wielu ramion armii sięgających przez równinę. Prawdziwy środek jeszcze się nie wyłonił, ale sądząc
tempa, w jakim rozwijała szyki, Axel oceniał, że kiedy wreszcie osiągnie równinę, pokryje całkowicie każdą piędź ziemi.
   Szukał wzrokiem jakichś większych pojazdów czy maszyn, ale wszystko było bezkształtne i bezładne jak zawsze. Bez sztandarów czy flag, bez żadnych emblematów czy halabardników, z pochylonymi głowami, nieświadoma nieba nad sobą, masa ludzka parła naprzód.
   Nagle, na chwilę przedtem nim Axel odwrócił wzrok, pierwsza linia tłumu pojawiła się na grzbiecie drugiego wzniesienia i spłynęła z niego na równinę. Zadziwiła go niewiarygodna odległość, jaką pokonała, będąc poza zasięgiem wzroku. Teraz postacie były dwa razy większe, każda wyraźnie widoczna.
   Axel szybko wszedł do ogrodu, wybrał kwiat czasu i zerwał go. Kiedy zamknięte w słupku światło wydostało się na swobodę, hrabia wrócił na taras. A kiedy kwiat na jego
287

dłoni skurczył się do wielkości zamarzniętej perły, spojrzał na równinę i z ulgą stwierdził, że tłum znów się cofnął do horyzontu.
   Po chwili jednak doszedł do wniosku, że horyzont przybliżył się znacznie i że to, co brał poprzednio za horyzont, było pierwszym wzniesieniem.

   Nie wspomniał o tym żonie podczas wieczornej przechadzki, ale hrabina odgadła, co się kryje za jego zdawkową obojętnością, i zrobiła wszystko, żeby rozproszyć obawy męża.
   Schodząc ze stopni wskazała na ogród czasu.
- Patrz, co za wspaniały widok, Axel. I jak dużo jeszcze kwiatów.
   Skinął głową i uśmiechem skwitował tę próbę podniesienia go na duchu. Słowo "jeszcze" ujawniło jej własne podświadome przewidywanie końca. Bo i rzeczywiście z setek kwiatów, jakie rosły w ogrodzie, został zaledwie tuzin, z czego kilka zaczynało się dopiero rozwijać - jedynie trzy czy cztery były w pełnym rozkwicie. Kiedy szli w stronę jeziora, suknia hrabiny szeleściła o chłodną trawę, a hrabia zastanawiał się, czy zerwać najpierw większe kwiaty, czy zostawić je do samego końca. W gruncie rzeczy byłoby lepiej dać pąkom więcej czasu, żeby się zdążyły rozwinąć, a to byłoby niemożliwe, gdyby zgodnie ze swoim pierwotnym zamiarem zatrzymał większe, kwiaty do końca, do ostatecznej klęski. Zdawał sobie jednak , sprawę, że nie miało to już właściwie znaczenia, że ogród i tak wkrótce umrze, a mniejsze kwiaty wymagają znacznie dłuższego okresu, niż mógł im dać, na zgromadzenie stężonego czasu. Przez całe swoje życie hrabia nie zauważył u nich najmniejszego objawu wzrostu. Większe okazy zawsze były dojrzałe, a pąki nie zdradzały żadnych symptomów rozwoju.
   Przechodząc na drugą stronę jeziora spojrzeli na swoje odbicia w spokojnej, ciemnej wodzie. Mając pawilon z jednej, a wysoki mur z drugiej strony, z willą w zasięgu wzroku,
288

Axel poczuł się bezpieczny i spokojny, a równina z wdzierającym się tłumem wydała mu się koszmarem, z którego się szczęśliwie przebudził. Objął ramieniem smukłą talię żony i czule ją przytulił, uświadamiając sobie jednocześnie, że nie obejmował jej od kilku lat, chociaż żyli poza czasem i Axel pamiętał, jakby to było wczoraj, kiedy ją sprowadził do tej willi.
- Axel - zapytała hrabina z nagłą nutą powagi w głosie - czy... zanim ogród umrze, będę mogła zerwać ostatni kwiat?
   Z pełnym zrozumieniem dla jej życzenia wolno skinął głową.

   W ciągu kolejnych wieczorów, jeden po drugim, pozrywał wszystkie kwiaty, zostawiając dla żony jedynie mały pączek, który rósł tuż przy tarasie. Zrywał kwiaty na chybił - trafił, nie licząc ich ani sobie nie wydzielając, po dwa- trzy mniejsze pąki naraz, kiedy było trzeba. Nadciągająca horda osiągnęła już teraz drugie i trzecie pasmo; utrudzone masy ludzkie, które zupełnie przysłoniły horyzont. Z tarasu Axel widział wyraźnie maszerujące pochylone w znoju szeregi, jak spływały w dolinę, by się pojawić na ostatnim już wzniesieniu; od czasu do czasu słyszał ich. głosy, urozmaicone krzykami złości i trzaskaniem batów. Drewniane wozy kołysały się z boku na bok na koślawych kołach, a woźnice robili co mogli, żeby nad nimi zapanować. Na ile Axel mógł ocenić, nikt z tłumu nie zdawał sobie nawet w przybliżeniu sprawy z kierunku, w jakim się posuwali. Każdy brnął na ślepo, depcząc po piętach swojemu poprzednikowi, i łączyło ich tylko wspólne wyczucie strony świata Zupełnie bezsensownie Axel łudził się, że prawdziwy środek tłumu, znajdujący się dobrze poniżej linii horyzontu, prze w innym kierunku i że stopniowo tłum zmieni kurs, odwróci się od willi i ustąpi z równiny jak fala odpływu.
   Przedostatniego wieczoru, zrywając kwiat czasu, hrabia
289

zauważył, że czoło tłuszczy osiągnęło trzecie wzniesienie i właśnie spływa w dół. Czekając na hrabinę patrzył na dwa pozostałe kwiaty, małe pąki, które pozwolą im przetrwać jedynie przez kilka minut następnego wieczoru. Szklane łodygi zmarłych kwiatów sterczały sztywno w górę, ale cały ogród stracił swoją krasę.

   Następny ranek Axel spokojnie spędził w bibliotece pakując rzadsze spośród swoich rękopisów do oszklonych szafek między galeryjkami. Potem przeszedł wolno korytarzem portretowym, wycierając starannie każdy obraz, a na koniec uporządkował biurko i zamknął drzwi. Po południu był zajęty w salonach, dyskretnie pomagając żonie w czyszczeniu ozdób, ustawianiu waz i popiersi.
   Wieczorem, kiedy słońce schowało się za dom, oboje byli zakurzeni i zmęczeni i nie odzywali się do siebie. Widząc, że żona kieruje się do pokoju muzycznego, Axel zawołał za nią.
- Dziś będziemy zrywali kwiaty razem, kochanie powiedział spokojnie. - Każde z nas po jednym.
   Rzucił tylko przelotnie okiem ponad krawędzią muru. Słyszeli teraz w odległości niespełna pół mili wielki przytłumiony tumult obdartej armii, brzęk żelaza i świst batów prący w stronę domu.
   Axel szybko zerwał swój kwiat, pąk nie większy od szafiru. Kiedy zatrzepotał delikatnie w jego dłoni, zgiełk przycichł na chwilę, po czym zaczął narastać od nowa.
   Starając się go nie słyszeć, Axel powiódł wzrokiem po willi, odliczył sześć kolumienek portyku, potem spojrzał poprzez trawnik na srebrny krąg jeziora, w którego czarze odbijało się ostatnie światło wieczoru, na cienie pełgające. pomiędzy wysokimi drzewami i kładące się aż na falistą darń. Zatrzymał wzrok na mostku, na którym tyle lat z rzędu przystawali z żoną trzymając się pod ręce...
290

- Ax e l !
   Tumult wzbił się w górę, tysiąc głosów zabrzmiało w odległości zaledwie dwudziestu czy trzydziestu jardów. Przez mur przeleciał kamień lądując pomiędzy kwiatami czasu i łamiąc kilka kruchych łodyg. Hrabina rzuciła się biegiem do męża przy akompaniamencie bębnienia o mur dalszych pocisków. A potem zawirowała w powietrzu nad ich głowami ciężka dachówka, wybijając jedno z okien pokoju muzycznego.
- Axel! - objął ją ramionami poprawiając jednocześnie jedwabny krawat, który przekrzywiła mu zawadziwszy o niego ręką.
- Szybko, kochanie, ostatni kwiat! - poprowadził ją spiesznie po schodach i przez ogród. Wzięła łodygę po między upierścienione palce i złamała zręcznie, a następnie ujęła kwiat w dłonie.
   Na chwilę wrzawa przycichła i Axel zdołał się opanować. W żywym, roziskrzonym świetle bijącym od kwiatu widział przerażone białe oczy swojej żony.
- Trzymaj go jak najdłużej, kochanie, dopóki nie za mrze ostatni kryształ.
   Stali razem na tarasie; hrabina tuliła piękny umierający klejnot. W miarę jak narastał hałas, powietrze zamykało się wokół nich, otulając ich coraz szczelniej. Tłum walił już do ciężkiej żelaznej bramy i cała willa trzęsła się od tych ciosów.
   Gdy ulatywał ostatni błysk światła, hrabina uniosła do góry dłonie, jak gdyby wypuszczała niewidzialnego ptaka, po czym w końcowym przystępie odwagi włożyła swoje dłonie w dłonie męża z uśmiechem tak promiennym jak znikający kwiat.
- Och, Axel! - wykrzyknęła.
   Ciemność spadła na nich jak miecz.
   Tłocząc się i przeklinając, pierwsze szeregi tłumu dotarły do sięgających kolan szczątków muru otaczającego zdewastowaną posiadłość; przeciągnęli wozy, które przejechały wy-
291

schniętą pożłobioną koleinami drogą w miejscu wytwornego niegdyś podjazdu. Ruiny, dawniej obszerna willa, nie tamowały nieprzerwanie napierającej ludzkiej fali. Na dnie pustego jeziora butwiały powalone drzewa, nad tym wszystkim rdzewiały szczątki mostu. Wśród wysokiej trawy gazonu bujało zielsko zarastając ozdobne ścieżki i kamienne murki.
   Prawie cały taras rozpadł się i główna masa tłumu ominęła willę, skracając sobie drogę prosto przez trawnik, ale co ciekawsi wdrapywali się na gruzy, by przeszukiwać ruinę. Spróchniałe drzwi leżały powyrywane z zawiasów, podłogi pozapadały się. Stojący w pokoju muzycznym stary klawi kord porąbano na opał, ale pojedyncze klawisze walały się jeszcze tu i ówdzie w kurzu. Wszystkie książki w bibliotece zostały powyrzucane z półek, płótna pocięte, złocone ramy zaścielały podłogę.
   Kiedy główna masa tłumu dotarła do willi, ludzie zaczęli forsować mur w różnych punktach na całej jego długości. Ciżbą wtargnęli do wysuszonego jeziora, wyroili się na tarasie, prąc na wylot przez dom do otwartych drzwi po stronie północnej.
   Jedno tylko miejsce oparło się niszczycielskiej fali. Tuż przy tarasie, pomiędzy rozbitym balkonem a murem, rosła gęsta, wysoka na sześć stóp kępa głogu. Kolczaste gałęzie stanowiły nieprzeniknioną plątaninę i ludzie omijali ją starannie, dostrzegając wśród niej belladonnę. Większość zresztą zbyt była pochłonięta szukaniem bezpiecznego oparcia dla nóg między powyrywanymi płytami chodnika, żeby dostrzec w samym środku cierniowej kępy dwie kamienne rzeźby stojące obok siebie i spoglądające dokoła z bezpiecznego punktu obserwacyjnego. Większa z postaci wyobrażała mężczyznę z brodą, w żakiecie z wysokim kołnierzem i z laską pod pachą. Koło niego stała kobieta o szczupłej, pogodnej twarzy, nie skażonej wiatrem ni deszczem, w wytwornej sukni z sutą spódnicą. W lewej ręce trzymała swobodnie
292

różę, której delikatne płatki tak były cienkie, że niemal przezroczyste.
   Kiedy słońce zgasło za domem, poprzez strzaskany gzyms przedarł się pojedynczy promień światła i dotknął róży; odbity od zwiniętych płatków, padł na posągi rozświetlając szary kamień, tak że na jeden ulotny moment - trudno go było odróżnić od dawno sczezłego ciała żywych ludzi.

 
Przełożyła Zofia Uhrynowska-Hanasz